"Women In Love, Men In Uniforms" to najnowsza, druga już płyta długogrająca krakowskiego tria New York Crasnals. Album jest rozwinięciem wcześniejszych muzycznych poszukiwań zespołu, z większym jednak naciskiem na melodie, oraz świeższe, nowoczesne aranżacje. Pomimo tego że muzyka NYC jest trudna do sklasyfikowania, nadal czuć w niej fascynacje nurtem new wave, poszerzonym na nowej płycie o wpływy math- i post- rockowe. Muzyczna surowość znana z poprzednich nagrań ustępuje miejsca eksperymentom z nowym instrumentarium (saksofon, akordeon) oraz elektronice. Album został nagrany w Green Studio pod okiem Marcina Prusiewicza i ukaże się nakładem wydawnictwa Kuka Records. Premiera płyty 12 czerwca.
Na nowy, zapewniam zajebisty, album będziemy jeszcze czekali parę tygodni, ale mamy prezent w postaci nowego klipu do starej piosenki. Ale najpierw o płycie:
"Spędziliśmy w studiu dwa grudniowe tygodnie, a faza miksów i masteringu obejmie cały styczeń. Przy dobrych wiatrach wczesną wiosną można spodziewać się naszej drugiej płyty długogrającej "Women In Love, Men In Uniforms". Album bedzie zawierał 10 utworów, które - mamy nadzieję - zachowują to co najważniejsze w dotychczasowej muzyce NYC, a jednak zupełnie inne od materiału z Faces And Noises We Can Make. Fotorelacje ze studia nagrań znajdziecie na naszej stronie facebookowej (nycrasnals)."
W trakcie czekania na płytę możemy podziwiać klip do kawałka "Blear Eyed Discus Thrower" z debiutanckiej płyty NYC "Crack of City". Został zrealizowany przez studenta katowickiej Szkoły Filmowej Filipa Załuskę. Swój człowiek w NYC mówi, że na klipy z nowej płyty nie będziemy musieli czekać paru lat.
Prace nad nowym albumem New York Crasnals zaliczyły swoją pierwszą ofiarę - drzwi salki prób. Oto najnowszy materiał filmowy z mrocznego, zagadkowego świata NYC, obrazujący pięknie zmagania sztuki z cierpliwością basistów.
Zainspirowana powrotem do naszego kraju fantastycznych Immanu El, tą stroną, jak również niezrozumiałą nawet dla mnie chęcią zrażania do siebie przyjaciół, prezentuję Wam to:
Nad tym tematem pracowałam długo. Kiedyś ktoś odkrył, że w Krakowie powstał pomnik warszawskiego zespołu Hatifnats. Postanowiłam pójść tym intrygującym tropem, pchana przez dziennikarską paranoję, a ciągnięta przez teorię rock'n'rollowego spisku, który trzymał za rękę jeszcze więcej paranoi. Pozwalam sobie teraz opublikować wyniki moich ekstensywnych, przemyślanych, 10-minutowych badań na googlu.
Wszyscy narzekają, że rodzimi artyści nie mogą sie przebić za żelazną kurtynę, a okazuje się, że w Belgii kult Much ma się dobrze.
(zamysł artysty pozostaje dla mnie jednak niejasny. Możliwe, że artysta był fanem wczesnych demówek, a zawód spowodowany przez "Terroromans" znalazł ujście w takiej oto właśnie formie)
Raz na jakiś czas można zaobserwować fenomen z gatunku "performance art", zwłaszcza w tej mniej fajnej części miasta w sobotę wieczorem. Chociaż wymiar moralny tego rodzaju sztuki jest godny potępienia, cieszę się, że kult pionierskiego zespołu The Car Is On Fire jest wciąż żywy:
Mimo iż nasz najbardziej znany zespół z gatunku muzyki "piwnicznej", New York Crasnals, odwiedził piękne miasto Wrocław dopiero w czwartym roku swojego istnienia, wrocławianie nie czekali ze stawianiem panom monumentów. Oto jeden z wielu, mający symbolizować zmagania zespołu z materiałem na nową płytę:
Zespół Renton doczekał się ekranizacji swojej dotychczasowej działalności w postaci kultowego filmu Trainspotting. W filmie bohaterowie oparci na członkach zespołu oddają się tradycyjnym rozrywkom młodzieży i mówią z przekonywującym warszawskim akcentem, wszystko to w scenerii naszej pięknej stolycy:
Pozostając w krainie kinematografii, warto wymienić znany serial luźno bądź obciśle oparty na przygodach z trasy zespołu California Stories Uncovered:
Norweski artysta Edvard Munch już pod koniec XIX wieku antycypował hit jakim stanie się nowe wydawnictwo George Dorn Screams:
Na cześć przebrzmiałego zespołu Myslovitz założono ponoć nawet miasto, którego reprezentacji wizualnej nie będę tu prezentować ze względów estetycznych. Podsumowując te jakże, przyznacie, nieprzyzwoicie odkrywcze badania, warto też napomknąć że zespół Kumka Olik ma nawet swój amerykański tribute band, Kings of Leon.
Kumka Olik
Kings of Leon
Jestem pewna, że tymi badaniami nie wyczerpałam tematu, jak również że nasze jaśniejące młode talenty dalej będą doceniane na całym świecie w formie pomników, obrazów, nazw miast, a może i filmów pornograficznych. Są to piękne i jakże potrzebne wkłady w nasz rodzimy rock'n'roll, którego rozwoju i sławy przecież wszyscy pragniemy.