
Natalia Fiedorczuk jest artystką znakomitą. Wszystko, czego się tknie, zamienia się w złoto, a jej wkładu w rodzimą scenę indie nie sposób nie docenić. Nie jest artystką od wczoraj, i nie wątpię w jej znajomość branży. Jednak jej felieton o stanie branży muzycznej pozostawia mnie w ogromnym niesmakiem w ustach.
"W sprawie rynku - porzućcie wszelką nadzieję. Powiedzmy, macie zespół, albo gracie piosenki solo i nagrywacie je na ośmioślad. Albo na garaż bend. Albo macie "projekt", bo to też modne mieć projekt, najlepiej taki, w którym jest jeszcze gostek od wizualizacji (scenografii, kostiumów, tancerz Butoh - niepotrzebne skreślić). Paru znajomych mówi Wam, że kurde ej masz talent. Kolega pomógł zorganizować pierwszy koncert, inny kolega będzie menadżerem, dziewczyna patrzy z zachwytem. Nagle zaczynasz/zaczynacie myśleć: To ma sens, w sumie to chyba jestem do tego stworzony/a, na komunii śpiewałam psalm, coraz lepiej idzie mi granie solówek, w ankietach i formularzach już waham się przy wpisywaniu zawodu. Może... muzyk?"
Nie trochę za dużo cynizmu jak na kogoś komu nie stuknęła nawet 30stka?
Całość tutaj.